Kaczor Donald – wpis nostalgiczny

Zawitałem ostatnio w kiosku (tak, one jeszcze istnieją) i zupełnym przypadkiem natrafiłem na nowy numer „Kaczora Donalda”. Nostalgia uderzyła mnie w twarz z siłą dziesięciokilogramowego, ćwiekowanego młota.

Kaczkofanem jest się na całe życie

Jeżeli jesteś sporo starszy ode mnie lub ominęły Cię lata 90. i nie wiesz, o co chodzi, śpieszę z wyjaśnieniem – „Kaczor Donald” to ukazujący się raz w tygodniu zeszycik z komiksami Disneya. Tymi dobrymi, klasycznymi komiksami w duchu Carla Barksa albo Dona Rosy, które rozgrywają się najczęściej w fikcyjnym Kaczogrodzie i Myszogrodzie, a ich głównymi bohaterami są tytułowy Donald, Myszka Miki, Goofy, Sknerus McKwacz i plejada innych postaci.

Pamiętam dokładnie, gdzie tato kupił mi mój pierwszy numer, w jakim sklepie, jaka była pogoda, jak wyglądała okładka i że siedziałem wtedy na tylnym siedzeniu w samochodzie. To właśnie „Kaczor Donald” nauczył mnie (w kooperacji z rodzicami) czytać i dostarczał co tydzień (a kiedyś co dwa tygodnie) porcji ciekawych historii do pochłonięcia. Można powiedzieć, że to właśnie dzięki niemu w ogóle zacząłem interesować się kulturą.

Tyle wspomnień. Wszystkie te prezenty, konkursy…  I nie zapominajmy o „Gigantach”, które również się gromadziło. Wielka szkoda, że cała moja pokaźna kolekcja gdzieś się zapodziała. Gdybym nadal ją miał, z pewnością zajęłaby zaszczytne miejsce na półce, tuż obok wszystkich tych poważnych książek, które obecnie czytam. Wartość niektórych rzeczy docenia się dopiero po latach.

Tu i teraz

Trochę zaskoczył mnie fakt, że „Kaczor” nadal się ukazuje. Że dzieciaki wciąż chcą go czytać w dobie internetu, gier MMO, telefonów komórkowych i generalnej trudności w skupieniu się na robieniu jednej, konkretnej rzeczy zamiast multitaskowania. Czasy się zmieniły, ale mam nadzieję, że bawią się równie dobrze, co ja piętnaście lat temu.

A jak wygląda sam tygodnik w 2013 roku? Oceniając po zaszycie, który trzymam w rękach, nie zmienił się za bardzo. 🙂 I bardzo dobrze, bo po co zmieniać ideał? Nawet stała rubryka „Figle Figlarzy” wciąż jest obecna. W prezencie otrzymałem halloweenowe „Graby kościeja”, w które moje ręce niestety się nie zmieściły.

„Graby kościeja” – nosiłbym

Dziękuję ci, Egmont! Za to, co było i za to, co będzie.

Trafił swój na swego?

Być może sam masz jakieś miłe wspomnienia związane z „Kaczorem”? Zapraszam do komentarzy – powspominajmy sobie trochę. 🙂