Grawitacja oddziaływuje

Grawtiacja – Alfonso Cuarón

Jeżeli za dzieciaka marzyłeś o podboju przestrzeni kosmicznej, to zdecydowanie powinieneś obejrzeć Grawitację. Lepszej symulacji raczej nie znajdziesz.

Mniej znaczy lepiej?

Trzymające w napięciu kino nie potrzebuje plutonu bohaterów, rozgałęzionych wątków i nerwowego przeskakiwania z lokacji na lokację. Stworzenie dobrego obrazu na fundamentach innych, niż te, jest sztuką trudną, ale jak najbardziej wykonalną. Na przykład za pomocą dialogów.

Pierwszy z brzegu przykład to kultowy „Dwunastu gniewnych ludzi”. Film z 1957 roku, w którym to w jednym pomieszczeniu zamknięto dwunastu mężczyzn i kazano im ze sobą rozmawiać. Do dzisiaj zachwycają się nim nawet widzowie, którzy na wspomnienie seansu bez romansów, wybuchów i pościgów kręcą nosem.

Piękny komiks

Siła „Grawitacji” Cuaróna nie leży jednak w dialogach. Te są sztuczne, rozdmuchane, wręcz komiksowe, tak samo zresztą jak cała fabuła. Nie ukrywam, że poczułem się nimi dość zawiedziony, ale nie wiem, czego właściwie oczekiwałem po amerykańskim filmie z Bullock i Clooneyem w rolach głównych. Gdyby napisano je od nowa, inaczej, lepiej, być może dostalibyśmy obraz wybitny. Otrzymaliśmy „tylko” przyzwoity – ale za to jaki piękny!

Zdjęcia zapierają dech w piersiach i będę wspominać je jeszcze długo po premierze. Nie przypominam sobie ładniejszego przedstawienia kosmosu gdziekolwiek indziej w fikcji, wszystkie filmy fantastycznonaukowe mogą się schować. Ogrom i autentyczność przestrzeni, w której rozstrzelone jest tych kilka obiektów, wokół których rozgrywa się cała akcja, zdumiewa i każe zastanowić się chwilę nad tym, jak daleko zaszliśmy jako cywilizacja. Ten film nie tylko się ogląda, go się doświadcza. Jestem skłonny uwierzyć, że daje namiastkę tego, jak faktycznie wygląda pobyt w kosmosie.

Bardzo spodobało mi się też narzucone tempo. Od początku do końca coś się dzieje, coś się psuje, coś leci w stronę głównej bohaterki i wymaga natychmiastowej reakcji. Survival pełną gębą.

Grawitacja działa też na Ciebie

Skoro nie bohaterowie, fabuła ani dialogi czynią ten film wartym obejrzenia, to czy oznacza to, że jest on wyłącznie ładną widokówką? Śliczną, ale pustą jak wydmuszka? Bynajmniej – Alfonso Cuarón budzi też w widzu starannie wyselekcjonowane emocje.

Ale nie mam tu na myśli niepotrzebnie przywołanej przeszłości doktor Stone, ani dryfującego zdjęcia rodziny jednego z kosmonautów. To są akurat bezwartościowe, tanie chwyty i obraz obyłby się z powodzeniem bez nich. Mięska powinniśmy doszukiwać się w suspensie, niepewności i strachu, które są nam aplikowane. Kiedy główna bohaterka wiruje w kosmosie, a kamera pokazuje widok z jej oczu, ciężko jest nie poczuć więzi i nie przejąć się jej losem. Każde jej niepowodzenie i każde zwycięstwo odczułem personalnie, raz nawet podskoczyłem w fotelu. Cały film opiera się na tym, co widzimy tu i teraz, wszystko inne się nie liczy. Gdyby nie patetyczna muzyka, na którą jestem uczulony i która działa na mnie jak kubeł zimnej wody, to w kilku momentach zapomniałbym pewnie, że jestem w kinie. A propos tego…

Nie przepadam za filmami w 3D. Prawie zawsze jest ono tylko męczącym dodatkiem i nie wnosi nic do doświadczenia. Tutaj sprawa wygląda zgoła inaczej i warto dołożyć tych kilka złotych do okularów. Trójwymiar potęguje immersję i czyni nasz pobyt w kosmosie jeszcze intensywniejszym, a wszystkie piękne widoczki odczuwa się dwa razy mocniej.

Bo właśnie – na pewno nie jest to najlepszy film rozgrywający się w przestrzeni kosmicznej, ale jeśli całe dzieciństwo chciałeś zostać astronautą, to właśnie „Grawitację” poleciłbym Ci do obejrzenia w pierwszej kolejności. It’s the next best thing out there.