Legenda Kaspara Hausera – dźwięk całujący się z obrazem

Legenda Kaspara Hausera

Za kilkadziesiąt lat powstaną specjalne kina bez miejsc siedzących, w których widzowie będą tańczyć podczas seansów. „Legendę Kaspara Hausera” wskażemy jako film, który ten trend zapoczątkował. Serio, serio.

Zanim zaczniemy

Frank Zappa powiedział kiedyś, że „pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury”. Wydaje mi się, że w pewnym stopniu tak samo ma się sprawa z recenzowaniem „Legendy Kaspara Hausera” (2012) Davida Manuli.

Dlatego na początku chciałbym pokazać Ci krótki urywek tego filmu. Jest on bardzo reprezentatywny dla całości i pomoże lepiej zrozumieć, z czym mamy tutaj do czynienia.

Treść

Ten prawdziwy Kaspar Hauser – znany także jako „sierota Europy” – pojawił się na ulicach Norymbergii w 1828 roku. Chłopak nie wiedział nic o swojej przeszłości, nie umiał pisać ani czytać i pomimo szesnastu lat na karku, posiadał umysł dziecka z podstawówki. Jego stojąca pod znakiem zapytania tożsamość rozbudzała wyobraźnię, niektórzy posądzali go nawet o królewskie pochodzenie. Zdobył sławę i rozgłos, ale został zamordowany równie niespodziewanie, jak się pojawił. Jego zagadka pozostała nierozwiązana do dzisiaj.

Filmowy Kaspar Hauser (Silvia Calderoni) zostaje wyrzucony przez morze „Y” na brzeg wyspy „X” w roku „0″. Tutejszy „Szeryf” (fenomenalny Vincent Gallo) przygarnia hermafrodytycznego chłopaka, po czym zaczyna wpajać mu miłość do muzyki i uczyć trudnego fachu DJ’a. Kaspar szybko zdobywa sławę i sympatię mieszkańców wyspy, którzy także próbują ukształtować go wedle własnego widzimisię, ale nie każdemu przypada do gustu jego charyzma i niewinność.

Uwierz mi na słowo, że jest bardzo surrealistycznie.

Legenda Kaspara Hausera

Obraz i dźwięk

Czarno-białe, surowe kadry tworzą klimatyczne tło dla wydarzeń na ekranie. Od czasu do czasu dostajemy piękny krajobraz, ale Manuli stawia przede wszystkim na minimalizm. W wielu scenach kamera pozostaje nieruchoma, co nadaje im charakterystycznego, teatralnego posmaku. I chociaż dopieszczone zdjęcia zapadają w pamięci, to i tak wymiękają w konfrontacji z główną bohaterką tego spektaklu…

Pulsująca muzyka w wykonaniu francuskiego DJ’a Vitalic hipnotyzuje, wbija się w głowę i flirtuje z widzem, zachęcając go nieustannie do tańca. Albo raczej brutalnie go do niego porywa. To, co napisałem w leadzie nie było wcale przesadą – podczas niektórych scen ciężko jest opanować machanie głową (w bardziej ekstremalnych przypadkach całym ciałem) do rytmu. Mówię to ja, człowiek mający z techno wspólnego tyle, co z wytwarzaniem naczyń glinianych.

W chwili gdy to piszę, utwór „Poison Lips” zapętlam po raz szesnasty. Co mi ten Manuli zrobił?